piątek, 16 czerwca 2017

"Miasto" - Dean Koontz

Nareszcie trafiłam na książkę, która przykuła całkowicie moją uwagę. Nie spodziewałam się tego, zważywszy, iż Koontz ostatnio nie szafował formą. A tu taka niespodzianka! Całkowicie inny, odmieniony Koontz, któremu w tym momencie bliżej do prozy Kinga niż własnej.
Wydawnictwo: Albatros
    Rok wyd:2016
      Stron:448
     Kraj: Stany Zjednoczone
"Kiedy zachowujesz coś w tajemnicy przed swoimi najbliższymi, choćby kierowany najlepszymi motywami, zawsze może się zdarzyć tak, że stworzysz mniejsze życie w obrębie swego prawdziwego życia."

Miasto tętni. Miasto żyje. Miasto przepełnia muzyka. śmiech i krzyk. Miasto to my.

Jestem pod wrażeniem, gdyż zupełnie nie tego spodziewałam się po książce autora, który przyzwyczaił czytelnika do książek typowo rozrywkowych, lekko mrocznych lecz lekkich. Tutaj mamy do czynienia z zupełnie innym stylem. "Miasto" to opowieść pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który cofa się w czasie do lat swojego dzieciństwa, by opowiedzieć historię przepełnioną miłością, dobrocią, strachem, chwilami grozy i przede wszystkim muzyką. To opowieść o dobrych ludziach, na drodze których stanęło zło i o tym, jaki miało to na nich wpływ. To opowieść, w której króluje pozytywna energia, niosąca nadzieję ma to, iż dobro mimo wszystko może unicestwić zło. Trochę to bajkowo brzmi, jednak powieść ma naprawdę bardzo pozytywny wydźwięk i stawia na wartości, o których coraz częściej zapominamy. Rodzina, miłość, szczerość, bezinteresowna pomoc, przyjaźń, szacunek, życie w zgodzie z własnym sumieniem. Brnięcie do przodu pomimo trudności i wynoszenie z życia tego, co najlepsze. Radość z małych rzeczy i dostrzeganie ulotnych chwil szczęścia.



Jonasha Kirka poznajemy, gdy ma dziewięć lat. Mieszka z mamą, która występuje w nocnych lokalach jako wokalistka. Jego ojciec raz jest, raz go nie ma. Dziadek jest uznanym w swoich kręgach pianistą a sam chłopiec odznacza się niesamowitym talentem muzycznym. Rzecz dzieje się w latach sześćdziesiątych, gdy miastami Stanów Zjednoczonych targają niepokoje. Jonash daje nam w swej opowieści zarówno przekrój przez muzyków tego czasu, jak i wydarzenia obfitujące w tragiczne zakończenia. Do małego chłopca docierają informacje o strajkach, rozruchach i terrorystach. To czas walk rasistowskich, antywojennych deklaracji i niesamowitego rozwoju muzycznego. A Jonash żyje sobie spokojnie, wypełniony miłością matki i dziadków, bogaty w wiedzę i zdolności, nie odczuwający braków materialnych, choć lekko nie jest. Aż pewnego dnia spotyka Pearl, kobietę, która zmieni jego życie. Kobietę, która pokaże mu twarze zła, zmieni jego spokój w niepewność i strach. Kobietę, która sama siebie nazywa wcielonym duchem miasta. Czy tym jest naprawdę?

Drugim ważnym bohaterem tej powieści jest pewien Japończyk, sąsiad chłopca, człowiek skryty, spokojny i niesamowicie kulturalny. Staje się on zarówno przyjacielem, przewodnikiem, jak i pomocnikiem Jonasha w walce ze złem. Jego historia jest smutna i pozwoliła mi poznać fakty, o których nie miałam pojęcia. Osoba Pana Joshioki, wielbiciela haiku, człowieka pełnego pokory, zwykłego krawca, który ubiera się w garnitury, nie jest tak oczywista, jak wydaje się na początku.

No i zło w czystej postaci. Fiona, która w snach Jonasha znakomicie włada nożem a pewnego dnia okazuje się jego sąsiadką. Piętnastoletni chłopak mordujący swoich rodziców, dziś ponad dwudziestoletni terrorysta nie mający żadnych zasad. W mieście grasują mordercy, których twarze zna tylko chłopiec. Jego życie staje pod znakiem zapytania, podobnie jak życie jego bliskich.

"Miasto" to powieść, która całkowicie zaspokoiła moje czytelnicze potrzeby. Zaskoczenie zmienioną prozą autora zamieniło się w szczęście, gdyż jest to naprawdę bardzo dobrze napisana książka. Po pierwsze, jest to znakomite źródło wiedzy na tematy dotyczące muzyki tamtych czasów, niepokojów targających społeczeństwem oraz w mniejszym stopniu sztuki i architektury. Sporo smaczków historycznych. Po drugie, sposób narracji. Autor w sposób gawędziarski, w pierwszej osobie, opowiada o swoim życiu, próbując przywołać dziecięce uczucia i jednocześnie okraszając je swoją dojrzałością, przez co wydaje się, że bohater jest znacznie starszy. Naiwność pomieszana z mądrością. Do tego lekko magiczne wstawki, nadające książce niesamowitego klimatu. Zresztą cała powieść jest niezwykle klimatyczna. to po trzecie. Atmosfera tętni życiem, gwarem ulic, ludzkimi dramatami i radościami. Czasami jest bardzo smutno, czasami przepełnia nas miłość, by w następnej chwili odczuwać swoisty niepokój i niepewność. Po czwarte, polecam, naprawdę z całego serca polecam, chociaż nie jest to książka, w której szybkość akcji powala. Ta historia rozwija się powoli, lecz zupełnie nie nudzi, wręcz przeciwnie. Zostałam wciągnięta w dziwny świat Jonasha i nie chciałam z niego wyjść. To mądra, dobra książka, pełna fajnych cytatów, niosąca pociechę, pomimo tragicznych wydarzeń. To historia zmuszająca do przemyśleń, historia o każdym z nas, zagubionym w plątaninie ulic, szukających wyjścia po omacku, zmierzających do przodu czasami gubiąc cel.

Czytałam wszystkie książki Koontza. Bywały dobre, zwłaszcza te pierwsze. Bywały gnioty, które nie dawały nawet zwykłego relaksu. Ta jest zdecydowanie inna. Lepsza. Nie wiem czy nie najlepsza. Dojrzała, pouczająca, niezwykła. Być może dla niektórych nudna. Dla mnie idealna.


"Nadchodzi świt
A kwiaty otwierają
Bramy raju. "


Pod hasłem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz