"Tymczasem piana urosła w fale. Fale wskakujące na brzeg. To nie było normalne. Morze nigdy tak daleko nie dochodziło. W dodatku te fale nie cofały się ani nie opadały. Były teraz bliżej. Brązowe i szare. Brązowe albo szare. Przekraczały już linię drzew i zbliżały się do naszego pokoju. Coraz więcej fal prących naprzód, kipiących. Nagle rozszalałych. Nagle budzących trwogę."
Tytuł oryginału: Wave
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wyd: 2014
Stron: 478
Kraj:Sri Lanka
Zasiadłam do tej lektury zupełnie nie przygotowana. Nie czytałam recenzji, nie czytałam opisu. Spodziewałam się zmyślonej opowieści o tsunami. A otrzymałam spowiedź kobiety, która straciła wszystko. Ciężko jest mi opisać tę książkę, gdyż prawie przez cały czas miałam ściśnięte gardło. To, co przeżyła ta kobieta, jest dla mnie niewyobrażalne. Mam dzieci, mam dom, mam rodziców. Stracić to wszystko w jednej chwili? I nie oszaleć? Wydaje się to niemożliwe. A jednak życie pokazuje, że można.
Sonali urodziła się na Sri Lance, jednak dorosłe życie wiodła w Londynie, gdzie wraz z mężem byli wykładowcami. Mieli dwóch świetnych chłopców w wieku 5 i 7 lat. Swoje życie dzielili pomiędzy Anglię i Sri Lankę, na którą co roku zabierali dzieci na wakacje, by wraz z dziadkami poznawali kulturę i życie tego kraju. W 2004 roku wreszcie obojgu udało się dostać roczny urlop naukowy, który postanowili spędzić w kraju jej dzieciństwa. 26 grudnia tsunami zabrało jej wszystko. Zginęli jej synowie, mąż, rodzice. Ona jakimś cudem przeżyła.
Część książki jest opisem rozpaczy. Sonali ma wyrzuty sumienia, że żyje. Nie dopuszcza do siebie świadomości o tym, co ją spotkało. Pije, bierze leki, chce się zabić. Jest na dnie rozpaczy.
W części drugiej Sonali próbuje znaleźć ukojenie we wspomnieniach o swoich bliskich. Żyje w świecie, w którym jej bliscy wciąż istnieją. Wspomnienia chwil, które wcześniej umknęły z jej pamięci sprawiają, że kobieta czuje, jakby poznawała ich na nowo.
Opowieść Sonali rozgrywa się w ciągu ośmiu lat. Ośmiu lat cierpienia, rozpaczy, godzenia się z losem, uczenia się życia bez nich, od nowa. Nie jest to lekka lektura. Jak pisałam wcześniej, ciągle ściskało mnie w gardle. Książka jednak niesie ze sobą przesłanie. Bacznie przyglądaj się swoim bliskim, ciesz się każdą chwilą z dziećmi, bierz z życia wszystko, co ci oferuje. Drugie - nie znasz dnia, ani godziny.
Bardzo rzadko sięgam po takie książki. Opowieści z życia wzięte, o maltretowanych, czy wykorzystywanych dzieciach doprowadzają mnie do szału, po lekturze jestem rozbita. Dlatego omijam je szerokim łukiem. Nie wiem, czy sięgnęłabym po tę książkę, gdybym wcześniej znała jej zawartość. Rozpacz tej kobiety, to, co przeszła, wyobrażenie sobie siebie w takiej sytuacji, jest po prostu straszne. Podziwiam ją szczerze za to, że jednak w jakimś stopniu się podniosła, choć to, że żyje, zawdzięcza głównie przyjaciołom i dalszej rodzinie.
Książkę czyta się jak czyjś pamiętnik. Autorka nie boi się ukazać swoich najgłębszych uczuć, przeprowadza nas przez zdarzenia wraz z opisem swoich myśli. Czyta się tą opowieść bardzo szybko, lecz również bardzo ciężko.
Władze Sri Lanki
potwierdziły śmierć 29 744 osób. Woda zabiła w większości dzieci i
osoby starsze. Największe fale uderzyły w południowe i wschodnie
wybrzeża wyspy. Zniszczony wojną kraj miał duże problemy z udzieleniem ofiarom
należytej pomocy oraz dokładnym policzeniem ciał tych, którzy zginęli.
Po wyspie tułało się ponad 889 175 ludzi
pozbawionych przez żywioł domów. Rozkładające się zwłoki doprowadziły do
zagrożenia epidemią, a rząd miał bardzo ograniczone zasoby środków
ratowniczych. Mimo konfliktu dzielącego tamilskich rebeliantów i
oddziały rządowe, obie te organizacje połączyły swoje siły w akcji
pomocy ofiarom.1200 ciał zabitych naliczono w Batticaloa na wschodzie. W Trincomalee
zabójcze ściany wody wdarły się 2 km w głąb lądu zabijając 800 osób na
północnym wschodzie Sri Lanki. Baza marynarki Trincomalee została
całkowicie zalana. W Mullaitivu oraz Vadamaradchi East naliczono 1000 osób pozbawionych życia przez żywioł. Ekspres “Królowa Morza” relacji Kolombo – Galle został przez fale porwany razem z torami. Spośród wszystkich 1600 pasażerów cudem uratowało się 300 osób.
W Parku Narodowym Yala uratowała się większość dzikich zwierząt. Uciekły
one w wyżej położone rejony, zupełnie jakby wcześniej wyczuły
nachodzące zagrożenie. Pojawiły się spekulacje, że wyczuły infradźwięki
wytwarzane przez falę. Najprostszym wyjaśnieniem fenomenu może być
fakt, że większość zwierząt biega szybciej od ludzi i dlatego zdążyły
uciec przed śmiercionośną ścianą wody.
![]() | |
Mąż i synowie Sonali |