Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wyd:2015
Cykl: Konstabl Simon Waterhouse (tom 1)
Stron:385
Kraj: Wielka Brytania
|
"Nie można dojść do prawdziwego emocjonalnego wyzwolenia, jeśli nie przyjmie się do wiadomości, że świat składa się zarówno ze zła, jak i z dobra".
Alice Fancourt to postać, która budziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony jest matką, która uważa, że ktoś podmienił jej dziecko. Wzbudza to oczywiście współczucie, zwłaszcza, iż część historii jest opowiedziana jej ustami, co pozwala dobrze się wczuć w jej postać. Z drugiej strony jest żoną, która uważała do tej pory, że jej małżeństwo jest udane, mąż ją kocha i tworzą szczęśliwą rodzinę. Przy czym trudno mi zrozumieć czemu tak myślała, skoro jej mąż to pozbawiony kręgosłupa facet, pozwalający by o wszystkim decydowała jego matka. Trochę niezrozumiałe dla mnie było oddanie, jakie wyrażała Alice wobec swojej apodyktycznej teściowej. Mnie się nóż w kieszeni otwierał i raczej bym nie wytrzymała takiego wiecznego wtrącania. No, ale wróćmy do książki. Vivien teoretycznie jest wspaniałą teściową. Ma pieniądze, którymi lubi się dzielić, kocha swoją rodzinę i jedynym jej celem jest to, by wszystko w tej rodzinie działało jak należy. W praktyce jest to kobieta, która nie uznaje sprzeciwu a jej plany są planami, co do których nie ma co dyskutować. Ona jest królową a cała reszta to poddani, dobrze traktowani, dopóki służą wiernie. I David służy wiernie, nawet bardzo, gdyż wyraźnie widać, że tak apodyktyczna matka mocno namieszała mu w głowie. Davida nie udało mi się polubić nawet przez chwilę, jego późniejsze zachowania wobec żony to po prostu coś strasznego. I tutaj znowu nie rozumiałam Alice, która pomimo doznanych poniżeń, nadal tłumaczyła zachowania męża. Dla mnie nie ma wytłumaczenia dla czegoś tak wstrętnego. Zarówno on, jak i jego matka, potrzebują dobrego psychiatry.